Miał być powrót w wielkim stylu, a będzie ukazanie kompletnego dna.
Wrak człowieka.
Zawsze traktowałam ten blog jako internetowy pamiętnik.
Czytam stare notatki i uśmiecham się sama do siebie- czy to możliwe, że tak bardzo się zmieniłam? Czy to możliwe, że mogłam być tak bardzo "głupia"? Moje poglądy mnie bawią.
Tak wiele zmieniło się przez te lata.
Chce traktować to jak miejsce ucieczki od świata rzeczywistego. Miejsce gdzie napisze co naprawdę czuje i nikt nie będzie tego komentował. Miejsce, w którym już nie będę udawać.
Więc jak wiecie nazywam się Asia i od kilku lat walczę z depresją. Bywa znacznie lepiej, bywa koszmarnie i bywa znośnie. Są miesiące, w których umiem zapomnieć o przeszłości, umiem nie udawać i po prostu szczerze się uśmiechać. Są dni, w których pokazuje jak cudownie się czuje, a od środka niszczy mnie nienawiść. A czasem bywa tak, że nie udaje już nic bo zwyczajnie nie mam na to siły. Wtedy najczęściej odcinam się od każdego, zostaje w domu i niszczę siebie.
Jedna rzecz jest nadal niezmienna- nienawidzę siebie, nienawidzę swojego ciała. Jestem bulimiczką, jeśli mogę to tak nazwać. Czasem umiem się hamować, a czasem nie umiem zapanować nad swoją nienawiścią do własnego ciała.
Czy możliwe jest to, że po tylu latach walczenia z chorobą po prostu nie mam na nią sił? Nie mam sił na wymioty, tabletki, zahamowania, ćwiczenia i napady, w których tylko jem? Teraz najchętniej nie jadłabym nic, kompletnie nic. Lubię odwadniać swój organizm. Lubię swoje wystające kości, które bolą jak kładę się do wanny. Lubię swoje uzależnienia.
Jest tylko jedna rzecz, której nienawidzę,,, tylko jedna- moje własne odbicie w lustrze.
Nie wiem czy jestem w kolejnym etapie bulimii, czy po prostu anoreksja zaczyna łapać mnie za ramiona.
Z powodu własnej nienawiści do siebie przyjemność sprawia mi samookaleczanie.
Nie czuje bólu, nie czuje już nic- nawet ulgi jak na początku. Uśmiecham się po prostu, że znowu mogę to zrobić.
Problemy przeszłości, problem w odnalezieniu się w rzeczywistości nie znikają. Błędem jest, że czas goi rany... On usuwa ból i pozwala zagoić się pozornie, a każda blizna się nawarstwia.
I co ja powinnam zrobić?
Mam dla kogo żyć, wiec jestem. Jednak to przekonanie wiecznie nie będzie trzymać mnie w tym świecie.
Mam najcudowniejszego chłopaka świata i strasznie go kocham. On akceptuje moje słabości, tylko ja już nie umiem poradzić sobie sama bez niego... nawet minuty racjonalnego myślenia. Gdy jest przy mnie wszystko wydaje się łatwiejsze, uśmiech nie znika z moich ust, najprostsze rzeczy stają się magiczne, radość daje mi najmniejszy gest. A gdy znika znowu wraca codzienność.
Nienawidzę siebie za to, że nie umiem dotrzymać mu słowa, że ciągle robię to samo. Czy na naszą wczorajszą tak cudowną rocznicę musiałam dać mu tak okropny prezent?
Moje ciało nie wytrzymuje, ciągle domaga się kolejnej kreski. Wiecie, że ja już nie mam nawet sił na kolejną łzę? Na jakąkolwiek łzę. Uśmiecham się... ;)
Gdzie są teraz wszyscy, którzy powinni być blisko?
Wiecie jakie są najczęściej słyszane przeze mnie słowa? "Ale ty schudłaś".
Dziękuję, staram się...
Do kolejnego razu kochani.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz